Zatem…był słoneczny, lekko wietrzny dzień. Ubrałam się jak Kleczkoska na bazar i pognałam na teren łódzkiej Manufaktury, która była miejscem tego tragicznego wydarzenia. Stoję, czekam, kolejny raz sprawdzam czy fluid na pewno dobry.
Nagle…nadchodzi on! Cały na prawie biało. Elegancko, męsko bo w koszuli ale me nozdrza coś se poczuły. Nie był to zapach landrynek, wody kolońskiej czy innego drogiego siuwaska, który każdy na takie chwile używa we wszystkich miejscach w których nie szczypie. Kiedy już zbliżył się na odległość działania zoomu, dostrzegłam dwie słodkie plamki w okolicach pach. Tak sobie dyndały na koszuli, przypominając kształtem jajko sadzone. A co tam – pomyślałam i postanowiłam wejść w to bardziej.
To gdzie wypijemy kawę? – wyrzuciłam z ust swoich czerwonych, pomalowanych właśnie na taką okazję. Chłop stwierdził, że nie wie. Manufaktura obfituje we wszelkiego rodzaju knajpy, kawiarnie, bufety. Liczyłam na szybkie posadzenie czterech liter, bo kawy rano specjalnie nie piłam. I wtedy zaczął się horror.
Pan usiadł i dziamdzia1) o polityce, programach i innych wspaniałościach tego świata. Zamówił sernik i ów sernik miałam przyjemność podziwiać w różnych formach – podanej, zmielonej i spadniętej. Jadł bowiem sernik gadając, a zatem widziałam go i na talerzu i w paszczy i na podłodze. Kosmos!
Wtem! Komplementę przyszło, a ja zawstydzona zareagowałam jak dziewicza Grażyna stojąca na progu materaca.
Zapytał wtem dlaczego to stwierdziłam, że nie lubię bo ja zdjęcia robię sobie sama jak wyglądam tak jak mi się podoba. Jakież było jego rozczarowanie i jak bardzo się zawiódł tym, że nie mógł zapchać telefonowej pamięci moim pyskiem.
Zerkam delikatnie na jego talerz i widzę, że mielenie sernika dobiega końca. Wtem wymacałam fajki w kieszeni i ku ukojeniu nerwów własnych udałam się do pobliskiego kosza z popielniczką, a on poszedł sobie zapłacić. I tak stoję, palę, zastanawiam się co mnie skusiło żeby wyjść i co mi jest że zwyczajnie nie pójdę do domu. Kultura! Pojawia się on – wymemłana koszula, sadzone pod pachami, zapach średniowiecznego trwala na tygodniowej robocie.
Ale dlaczego ja palę? Przecież to śmierdzi? Szkodzi? Odrzekłam że może sobie tak stać dwa metry dalej to mu przeszkadzać krucafiks nie będzie. I tak stał. Stał posłusznie jak azor którego Jadzia zostawiła pod sklepem, oczywiście komentując wszystko i wszystkich.
Spadł kurwa deszcz. I ten deszcze spowodował, że ów pan to koniecznie musiał poszukać miejsca do przeczekania, bo przeto mu woda sadzone zniszczy, nie daj buk koszula się wyprostuje. Stwierdziłam, że deszcz całkiem spoko i ruszyłam dalej. Wtem, bohater opowieści wyciąga parasol chcąc powtórzy jakąś scenę z filmu romantycznego, w której on otwiera parasol, zgarnia ją ramieniem i giną w oparach namiętności. Ja już pomijam, że pasek od parasolki stanowił problem wagi państwowej bo skubany miał na jego oko dziesięć metrów i trzeba było ryncoma machać jak szpadlem na cmentarzu. Jak już rozłożył połacie materiałów wodoodpornych sięgnął mnie ramieniem, ale…zrobiłam unik! Krok do tyłu uratował mnie przed policzkiem w sadzonym.

1)Dziamdzia – rozlazły w mowie

Łysa - dlaczego tak? Bo szkolnie, bez maski, lansu, sztucznych tworów. To moja ksywa ze szkoły, kiedy jeszcze świat nie był popsuty dorosłymi.
Łysa ma siłę, jest kreatywna, wierzy w ludzi, szydełkuje i beztrosko buja się na trzepaku. Nosi w chuście dzieci swoje i napotkane, pożera parówki i nie boi się wyzwań.