Łysa była ze mną zawsze, nawet gdy uporczywie i nadgorliwie upominałam wszystkich „mów mi Joanna, a nie Łysa czy Aśka”. Chciałam być poważna, uważałam że Łysa odbiera mi powagę, godność, kobiecość i szacunek. Łysa brzmiało wtedy jak stara karlica która wyszła z pierdla za przemyt Ronsonów czy innego towaru z mety. Dzisiaj…mam to w dupie.
Szkolna Łysa była jajcarska, nie pouczała, szła do przodu, bawiła się i zawsze wstawała. Od dzisiaj będę do Ciebie mówić właśnie tym głosem – moim głosem. Nie będę wyedukowaną i pouczającą matką, starą jedzą szukającą zwady, jedyne czego szuka to kubek z herbatą i czekoladki.

Łysa - dlaczego tak? Bo szkolnie, bez maski, lansu, sztucznych tworów. To moja ksywa ze szkoły, kiedy jeszcze świat nie był popsuty dorosłymi.
Łysa ma siłę, jest kreatywna, wierzy w ludzi, szydełkuje i beztrosko buja się na trzepaku. Nosi w chuście dzieci swoje i napotkane, pożera parówki i nie boi się wyzwań.